Quinn

Description:

Ability Scores:

  • STR 14
  • CON 101
  • DEX 12
  • INT 13
  • WIS 11
  • CHA 18

Defenses:

  • AC 12
  • Fort 13
  • Ref 12
  • Will 17

Languages: Common, Primordial

Class: Cosmic Sorcerer

Skills:

Acrobatics 1, Arcana 7, Athletics 2, Bluff 9, Diplomacy 9, Dungeoneering 1, Endurance 0, Heal 0, History 6, Insight 0, Intimidate 9, Nature 0, Perception 0, Religion 1, Stealth 1, Streetwise 4, Thievery 1

Feats:

Student of the Cosmos, Focusing Spellfury

Powers:

At-Will:

  • Acid Orb
  • Blazing Starfall
  • Dragonfrost

Encounter:

  • Ray Of The Moon

Daily:

  • Cosmos Call

Wondrous Items

Belt of Resilience

Bio:

Można śmiało zaryzykować stwierdzenie, że dotychczasowa kariera życiowa Quinna nie stanowi jednolitego monolitu, a raczej jest serią posklejanych ze sobą, niekiedy nawet słabo powiązanych, wydarzeń prowadzących do powstania dość nietypowej osobowości jaką jest ów młody człowiek…

Wszystko zaczęło się w niewielkiej posiadłości na wsi… A przynajmniej taka jest wersja oficjalna. Ojciec Quinna, Tymoteusz, był starannie wykształconym alchemikiem mającym dość miejskiego zgiełku, w którym spędził lwią część swojego życia, stąd wybór prostej chłopki na małżonkę miał dla niego znaczenie nie tylko uczuciowe, ale również “ideologiczne”. Sam był prominentną postacią w szeregach gildii magów, alchemików oraz wszelkiej maści innych dziwadeł parających się sztukami nadprzyrodzonymi w pobliskim mieście, gdzie zakosztował miejsko-politycznego życia w pełnej jego krasie, włącznie z intrygami, krętactwem i masą innego cwaniactwa. Z większości afer i rozrób wychodził zasadniczo obronną ręką, co sobie wielce chwalił w czym nie ma nic dziwnego, zwłaszcza jeśli spojrzymy na losy innych członków owej organizacji… Niemniej jednak, szybko poczuł przesyt swoją intensywną karierą na równi z boginią miłości, która tuż po jego odważnej decyzji o opuszczeniu szeregów nawiedzonych krętaczy obdarzyła go swoim błogosławieństwem w dość sielski sposób – podczas wiejskich dożynek poznał prosta, acz pełną kobiecego uroku chłopkę. Długo nie trzeba było czekać na kolejne dary od bogini. Tymoteusz za pieniądze zarobione w mieście wykupił wiejski dworek gdzie zamieszkał ze swoją wybranką – rychło potem matką jego syna…

Pierwsze kilka lat z życia Quinna było tylko przedłużeniem arkadycznej idylli – domek na prowincji, piękne krajobrazy i mała grupka wiecznie umorusanych dzieciaczków latających z gołymi zadkami po zakurzonych, bruzdowatych dróżkach. Ojciec dorabiał jako znachor – dość szybko wyrobił sobie dobrą “markę” i wkrótce większość ludzi w okolicy z praktycznie każdym problemem zdrowotnym natychmiast udawało się do niego po poradę czy garść ziół leczniczych. Ponadto wespół z żoną prowadzili skromne gospodarstwo. Życie pozbawione tajemnic czy choćby grama mistycyzmu? Nic bardziej mylnego. Tymoteusz od początku swojego mariażu zamartwiał się dość dziwnymi zdolnościami małżonki – niby nic wielkiego, ale czasem, zupełnie nieświadomie, powodowała pękanie talerzy, wiązanie się łyżeczek w supełki, a raz nawet wybiła okno, co postawiło cały dom na równe nogi. Można by to uznać za całkiem normalne, gdyby nie fakt, że robi to kobieta kompletnie pozbawiona jakichkolwiek związków z magią. Mężczyzna spotkał wiele osób, które we krwi miało zdolność do władania magią odziedziczoną po przodkach – nierzadko smokach czy demonach. Niestety, większość jego pytań o pochodzenie żony było przez nią samą zbywane ponurym mruknięciem a pechowe incydenty skutecznie uszczuplające zasoby domowej zastawy brała na karb własnej niezdarności. Pozostały tylko badania na własną rękę…

Cóż, sielskie życia też musiało się kiedyś skończyć – tym razem stało się to z łap zabłąkanej bandy goblinów. Osaczyły one Sophię, gdyż tak miała na imię matka Quinna, w lesie gdy ta właśnie zbierała jagody i grzyby na posiłek dla rodziny. Kobieta była bez szans i pomimo szaleńczej ucieczki, grupka dopadła ją w okrutny sposób pozbawiając życia… Rozpisywanie się nad straszliwym smutkiem jaki przez prawie pół roku trawił Quinna z ojcem jest bezcelowe – po okresie żałoby oczy Tymoteusza padły na jego syna. W końcu to on stanowił jego “inwestycję w przyszłość”, a do tej pory tak naprawdę nic nie zostało poczynione w kierunku zagwarantowania synowi lepszego życia niż tarzanie się w błocku i słomie na zapadłym zadupiu. Tak rozpoczął się proces kształcenia… Quinn był pojętnym uczniem i dość szybko pojął tajniki czytania, pisania, a także rzemiosła ojca, jakim była alchemia. W wieku 8 lat jego wrodzone talenty zaczęły się ujawniać. Inaczej rzecz ujmując – powrót do latających talerzy. Dla ojca jasnym było, że to wszystko sprawa krwi matki, gdyż on sam nie należał do osób obdarzonych magicznym talentem. Zaduszenie wzrastających zdolności syna byłoby skrajną głupotą – cóż więc pozostawało innego nad wysłanie chłopca do miasta na szkolenie?

Dobry znajomy Tymoteusza z gildii, o dziwo jeszcze żywy, poradził mu gdzie można wysłać dziecko. Okazało się, że najwłaściwszą osobą jest niejaki Saxus – czarodziej mieszkający spory kawał drogi, w odległym, dużo większym, mieście. Środki finansowe na podróż stanowiły znacznie mniejszy problem niż troska zmartwionego ojca o małego syna wysyłanego w daleki świat do obcego człowieka. Niestety, inne wyjście na złość nie chciało się pojawić więc pół roku pod podjęciu decyzji, Quinn znalazł się w zupełnie innym świecie… Początkowo rozmiary nowego miasta przerażały obu mężczyzn, niemniej jednak dziecko, jako młody, chłonny nowych wrażeń umysł znacznie prędzej przywykło do strasznego przepychu. Saxus nie był stereotypowym brodatym mędrcem wiecznie opartym o sękaty, poskręcany kostur. Twarz miał wyraźnie zarysowaną, z niebieskimi oczami świdrującymi na przestrzał każdego współrozmówcę, a dość ogromna postura i i tubalny, władczy głos przydawały mu tylko wrażenie silnego i nieugiętego. Z przyjemnością przyjął nowego, dodajmy również, że pierwszego w swoim życiu, ucznia, co nie umknęło uwadze zatroskanego ojca podsycając jego obawy. Nauka rozpoczęło się tuż po wyjeździe Tymoteusza. Nie ma co się rozpisywać nad jej szczegółami – dość powiedzieć, że Quinn był uczniem bardzo opornym na książkowe regułki, a nad poruszanie się utartymi szlakami przedkładał własne wariacje. Wkrótce stało się jasne – nie jest on zwykłym czarodziejem, tylko tzw. zaklinaczem. Jego siłą była krew, wrodzone zdolności, a przede wszystkim odpowiednia umiejętność posługiwania się nimi. Saxus nie mógł mu nic pomóc. Cóż zrobił? Ano przedstawił swojego niedoszłego ucznia swojej koleżance, będącej przedstawicielką pewnej organizacji, akurat poszukującej młodych, magicznych talentów…

Hedwig – prominentna postać w szeregach “Gwiazd Zoammelgustara”, a także również bardzo utalentowany zaklinacz niezmiernie się ucieszyła na wieść o nowym narybku. Wszystko odbyło się w sekrecie, tak że Tymoteusz o niczym nic nie wiedział – Quinn nadal mieszkał u Saxusa, ale na nauki zaczął chodzić do tajemniczej kamienicy w dzielnicy świątynnej, gdzie otrzymał staranne wykształcenie z rąk osób podobnych jemu. Minęło 5 lat, a Quinn nadal rósł w siłę. Przełożeni “Gwiazd” wreszcie zaczęli w nim dostrzegać potencjał i postanowili mu zlecić pierwsze zadanie, tak naprawdę stanowiące egzamin. Treść była prosta – w świątyni jednego z bóstw jest przechowywana ważna dla nas rzecz. Cóż, nie było to łatwe, jednakże Quinn sprytnie wkradł się w szeregi nowicjatu i w nocy cicho wykradł ów ważny przedmiot. Egzamin zdał bezbłędnie. Wielce zadowoleni przełożenie z otwartymi ramionami podarowali mu naszyjnik, który miał odtąd nosić jako znak przynależności do “Gwiazd”... Naszyjnik miał kształt maski smoka. Przedzielony na pół – jedna część biała, druga czarna, a zza smoczego łba wystają promienie słoneczne…

“Gwiazdy Zoammelgustara” – tajemna organizacja zrzeszająca wybitnie uzdolnionych złodziei, skrytobójców magów czy zaklinaczy. Ich macki oplatają cały kontynent, a ich główna siedziba mieści się w dawnej kamienicy rodziny Scheigestillów, w mieście do którego miał szczęście trafić Quinn. Skąd się oni wzięli i jaki jest ich cel działania? To, drogi MG zostawiam w twojej gestii. xDDD Tzn. ja podam ogólny ich zarys, a resztę zostawiam tobie do wykorzystania i rozwinięcia… Zacznijmy od tego, że bardzo dawno temu istniał potężny smok o imieniu Zoammelgustar. Niepodzielnie rządził zarówno na niebie i ziemi, a niektórzy powiadają że nawet Słońce chowało się gdy ten wzbijał się w powietrze na swoich potężnych skrzydłach. Legendy podają również masę innych “faktów”, niemniej jednak jedno jest pewne – Zoammelugstar nie był młody. Mówiąc delikatnie, gdyż śmierć praktycznie zaglądała mu w oczy. On zaś był piekielnie ambitny i mając w pamięci swoje dokonania z młodości, zebrał potężną armię wszelakich bestii, która wkrótce miała poszerzyć dominium smoka. Niestety, sędziwy wiek smoka zdecydowanie mu przeszkadzał w planach podboju, a jeśli dodamy do tego starą, niezaleczoną ranę, która okazała się być przesączona jakąś paskudną trucizną… Cóż, chwile jego były policzone. Zoammelgustar nie mógł się z tym pogodzić – przyjął ludzką postać, co opanowało niewiele smoków w historii świata i zawarł pakt z kilkoma potężnymi kapłanami i magami. Nietrudno domyślić się jaki był układ – oni pomogą mu w przemianie w drakolisza, co dałoby by mu nieśmiertelność i praktycznie nieposkromioną potęgę, w zamian za kawałek ziemi na nowo-podbitych terenach… Zoammelgustar był skurwysynem, ale tej umowy zamierzał NAPRAWDĘ dotrzymać. Cóż, nie wyszło. Pomimo miesięcy ciężkiej pracy i zebrania materiałów tylko najlepszej jakości coś poszło nie tak podczas rytuału. Smok skonał w piekielnych męczarniach, a jego potężne ciało zostało rozerwane na tysiące kawałków, które rozproszyły się po całym świecie, a niektóre z nich dotarły nawet do innych wymiarów… Czyżby taki miał być koniec jednego z najpotężniejszych żmijów w historii? Nie, bo dusza smoka nadal istniała. I pomimo braku ciała miała się całkiem dobrze. Problem w tym, że pozostawała uwięziona wewnątrz groty, w której miał się dokonać rytuał przeistoczenia w drakolisza. Na szczęście mogła oddziaływać na dużą odległość nasyłając wizje bardziej magicznie uzdolnionym istotom. Tak oto ów sygnał dotarł do maga-kapłana Redo… Obecnie “Gwiazdom Zoammelgustara” przewodzi wnuk Redo, równie potężny jak swój dziad. Celem tej organizacji jest zdobycie wszystkich kawałków ciała smoka i przeprowadzenie rytuału uwięzienia duszy wewnątrz nowego, “drakoliszowego” ciała. Krążą legendy, że w podziemiach siedziby organizacji znajduje się olbrzymi kryształ wewnątrz którego siedzi uwięziona dusza samego żmija… Niemniej jednak, “Gwiazdy” nie są do końca legalną organizacją… W oficjalnych księgach figurują jako kompania handlowa ukierunkowana w sprzedaż i kupno głównie magicznych przedmiotów czy ksiąg. Natomiast pod ta maską czai się prawdziwe oblicze czcicieli pradawnego żmija…

Quinn jest jeszcze nowicjuszem w szeregach tej organizacji, jakkolwiek wielokrotnie dowiódł już swojej wartości, przez co jest znaną i dość szanowaną osobą. Postanowił zapisać się na uniwersytet magiczny nie tylko po to, ale także, a może przede wszystkim, by móc zyskać dostęp do bibliotek, co bardzo mogło by się przysłużyć optymalizacji rytuału przywrócenia smoka do życia.(a raczej nie-życia) Oczywiście, przez cały czas swoich studiów utrzymuje kontakty z członkami “Gwiazd”, a nawet od czasu do czasu otrzymuje od nich jakieś zlecenie….


Quinn jest średniego wzrostu, szczupłym 23-latkiem, o zadziornym wyglądzie rozpieszczonego 16-latka. Błękitne oczy i bardzo jasne włosy, koloru wyschniętej słomy opadające do ramion przydają mu tylko owej zadziorności. Rysy twarzy ma po ojcu – wyraźne, lekko skośne oczy, drobne usta zaciśnięte w cynicznym uśmieszku i orli nosek. Całkiem nieźle mu się powodzi w kwestiach finansowych, co widać po jego ubraniu – owszem, nie nosi się krzykliwie jednakże jego strój nie jest zniszczony i zazwyczaj nie ma na nim brudu. Zazwyczaj nosi lekkie spodnie, koszule zapinaną na skos(zasługa jego przyjaciela, terminującego u krawca) a na to narzuca długi, aż do samej ziemi, płaszcz, lekko przypominający szlafrok o obszernych rękawach i jeszcze większych kieszeniach. Jednakże jako osoba dbająca o swoje ubrania nie pozwali aby te się zniszczyły podczas jakiejś akcji – wtedy zwykle zakłada czarny, mocno zniszczony, żeby nie powiedzieć “łachmaniarski” strój składający się ze spodni i połatanej na wszystkie strony koszuli. Takie powiedzmy “ubranie robocze”. Szczególnie teraz Quinn uważa na swoje lepsze ciuchy, gdyż od dawna nie dostał żadnego większego zlecenia, a jego zasoby finansowe dramatycznie wyszczuplały ostatnimi czasy…

Qiunn

Quinn

The Magic University Arlzermo